RSS
poniedziałek, 08 grudnia 2008
2.

No i druga część wspomnień praktykowych, ze starego bloga. 

***

 Dzień 5 --> Flaki z olejem... 
Nic ciekawego. Kłucie, ważenie, uzupełnianie kart o wagę i ciśnienie, latanie z kserówkami. Najgorszy dzień do tej pory. Całe szczęście że na komórce miałam jakieś gry... Większość czasu przesiedziałam na kanapie, robiłam kolejne kawy i starałam się je wmycić do dyżurki tak, by szef nie widział.  

W dodatku mój ukochany pan Piękna Gruba Żyła dostał wypis i już nie będę miała kogo kłuć z 99% pewnością, że mi się uda. Zostałam z samymi kruchutkimi żyłkami, których się boję tknąć, bo bym na pewno popękała.  

Obchód był znośny. Te cudowne metafory doktora! Na przykład przy omawianiu wykresu EKG - pokazuje na jakieś nieprawidłowe wychylenie - no, to tutaj jest jak Murzyn w małym miasteczku, zwraca uwagę, ale jest niegroźny..

Dzień 6 --> Wychowywania na kardiologa część dalsza ;) 

Znów szef wezwał mnie do echa, tym razem po to, by pokazać mi wczorajsze nagranie z bardzo ciekawego serca, mianowicie z serca płucnego. O co chodzi? Znaczny przerost prawej komory i przedsionka. *Szuka na necie odpowiedniego zdjęcia* Ha! Patrzcie i podziwiajcie: 

  

  

Lewa i prawa strona powinny być mniej więcej równe, a nie są ;) Przy okazji dowiedziałam się o prawidłowym i nieprawidłowym ciśnieniu w prawej komorze, przedsionku i w tętnicy płucnej, a także porozmawiałam o zastawkach. Nie ma to jak szef, który lubi dzielić się wiedzą :) Pełen szacunek! Mało tego! Mogłam nawet poużywać trochę tego ustrojstwa, które kosztuje ponad milion zeta. Liczyliśmy objętość lewej komory i wyrzut serca. Fantastyczne.  

Widziałam dzisiaj gigantyczną przepuklinę brzucha i raka sutka u mężczyzny. Szef powiedział, że pierwszy raz coś takiego widzi, a pracuje już dość długo...  

A jutro będę znów mogła wyciągać gastroskop i przy okazji sama zgłębić wnętrze jakiegoś pacjenta... Jednak równowaga w przyrodzie istnieje - za tamten wczorajszy dzień dostałam rekompensatę :) 

 Dzień 7 --> Gastroskop w dłoń i do przodu! 
Cały dzień był niesamowicie pracowity. Od rana - ważenie pacjentów i spisywanie ciśnienia, potem upragniona i jakże wyczekiwana gastroskopia, w której mogłam brać czynny udział. Już po zauważeniu u pacjentki zapalenia żołądka i pobraniu wycinka mogłam dostać w swoje urękawicznione łapki gastroskop, kręcić kółkami, odsysać, i przede wszystkim podziwiać żołądek z przyległościami. "A teraz proszę nakierować na odźwiernik, dobrze, zobaczymy czy dalej krwawi tam gdzie pobieraliśmy wycinek, teraz dno, a teraz wyciągać powoli rurkę..." Dałam radę. Godziny spędzone przed kompem, na graniu w zręcznościówki, zaprocentowały - nie ma problemu z opanowaniem poruszania się za pomocą tego przyrządu.  

Potem przyjęcie pacjentów. Miałam zrobić połowę. Na szczęście wylosowałam do przyjmowania takich, do których nie musiałam się wydzierać albo jakoś specjalnie produkować, by mnie zrozumieli. Szef zawołał mnie do rentgena, pooglądałam sobie płucka, a potem jak zwykle echo. Tym razem szef mnie dokładnie przepytał z naczyń wieńcowych, zastawek półksiężycowatych i mięśni brodawkowatych, po czym stwierdził, że nie rozumie czemu z anatomii dostałam tylko czwórę, bo on to by mi najchętniej postawił piątkę.  

Przy kawie siostrom zebrało się na wspomnienia po tym, jak dostały jakieś specjalne identyfikatory na ręce zmarłych. "Cóż to za jakieś nowe wymysły, u nas to się tak zawsze robiło, że pisało się na plastrze dane, i na klatkę przyklejało. I potem w worek, no i na worek drugi raz. Ale co szpital to obyczaj, a że pipa [państwowa inspekcja pracy :D] będzie chodzić, to chyba to musimy mieć..." Spytałam, czy dużo osób umiera. "Tak, dość często, najczęściej ci nagli. Gorzej jak ktoś z planowych odejdzie w nocy. Mi się tak parę razy zdarzyło. Jeszcze wszystkich badań nie było zrobionych, bo dość świeżo po przyjęciu, no i byłam na nocce, obchód robię, i widzę, że pacjent ma jakoś dziwnie zwisającą nogę poza łóżko. Jakby chciał wyjść. Coś mnie tknęło i sprawdziłam oddech, no i nie żył. To jest najgorsze. Bo po nagłych przypadkach tego się można spodziewać..." 

 

 Dzień 8 --> Sporo roboty... 
Na nocce była niezła akcja... Słyszałam rano opowieść. Jedna pacjentka wparowała do dyżurki, ukradła siostrze z talerza ciacho, zjadła, napiła się jej kawy, a potem rzuciła się na jakieś papiery i zaczęła je rozdzierać. Trzeba było ją spakować w kaftan i odesłać gdzie indziej, bo szału dostała.  

Znów miałam w łapie gastroskop. Trzeci raz :D Już coraz lepiej mi idzie kierowanie tym ustrojstwem, wyczaiłam jak poprzez skręcanie rurki mogę uzyskać zmianę kąta obrazu na monitorze, mała rzecz a cieszy. Żołądek piękna rzecz! Fajnie się steruje guzikami, podczas odsysania tak cudownie się zapada, widać jak wypiętrzają się te wszystkie fałdy... Jak odźwiernik zapada się w sobie, potem uwypukla... Mmm!  

Na echu w dalszym ciągu odbywa się wychowywanie mnie na kardiologa, przyznam, że coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że zaczynam coraz więcej rozumieć. Dzisiaj widziałam ciekawe serce, przedsionki większe od komór, a prawa komora większa od lewej (a powinna być tak jak mniej więcej połowa lewej), ze sporą niedomykalnością zastawki trójdzielnej (mitralnej też, ale nie taka spora!), fala zwrotna była na trzy plusy, czyli zaiste potężna - w kolorowym dopplerze taka fala wygląda jak kolorowy płomyk z palnika.  

 

Tu akurat jest na mitralnej, ale tak właśnie wygląda fala zwrotna...  

Jeszcze jutro i weekend! :) 

Dzień 9 --> Koszmarne USG 
No tak. A ja z początku myślałam, że to echo jest skomplikowane. Teraz nie mam problemu z połapaniem się co jest czym w serduszku. Tym razem poszłam z samego rana na USG i stwierdziłam, że bezsensem jest siedzieć tam, bo na ekranie widziałam jedynie jakąś paskudną mieszankę rozmazanych szarych plam, jakieś badziewie w porównaniu z cudowną ostrością i kontrastem echa. Jednak stwierdziłam że trzeba zmierzyć się z tym plugastwem i zasypywałam doktora pytaniami, aż wreszcie zaczęłam coś tam powoli rozpoznawać, jakąś nerkę, śledzionę, ba, nawet wątrobę i pęcherzyk, ale najgorzej widać trzustkę. Tak się złośliwie chowa... A wątroba powinna mieć kolor taki, jak nerka, o :D  

Na echo tym razem znów pisałam wyniki, z ciekawych rzeczy to mieliśmy skrzeplinę w koniuszku lewej komory (mam nadzieję że się pacjentowi nie oderwie, tylko ładnie i grzecznie rozpuści po nafaszerowaniu go lekami...), oraz dziwnego pacjenta. Miałam go ułożyć na łóżku. Wszystko ok, tylko czemu on tak się trząsł? Moja wrodzona delikatność (hahaha ;P) nie pozwoliła mi się go spytać wprost, więc poczekałam na doktora. Ten prosto z mostu spytał o co chodzi, pacjent coś tam zaczął ściemniać, że pierwszy dzień w szpitalu i wcześniej nigdy nie był... Doktor ogląda jego serce i pyta "a pije pan?". "No piję"... I wszytko jasne. Delirka taka że szok. Mało co nie zleciał z łóżka jak próbował z niego zejść, tak się telepał.  

Kolejna rektoskopia za mną. Tym razem widziałam krwawiącego raka odbytnicy. Znaczy nie wiadomo na sto procent czy to rak, ale na zrobionym wcześniej RTG płuc widać było dużego guza, całkiem prawdopodobne że to już przerzut od owego raka... Cóż... Przykro.  

 

A na koniec macie rozciapane szare plamy, ale ze ściągą :D 

 

 Dzień 10 --> Pen jak pipeta :P 
Z samego rana zostałam wreszcie zagoniona do obiecanych mi chyba z tydzień temu cukrzyków, cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Nauczyłam się mierzyć cukier z paluszka (żadna filozofia) i obsługiwać peny, które działają dokładnie tak jak nasze cudowne automatyczne pipety z laborek, tyle że pipet nie trzeba było wstrząsać, trzymać w lodówie i wbijać w skórę. Poza tym znów podawałam heparynkę w brzuch. 

Szef zaprosił mnie w piątek na konferencję z jakimś profesorem, pozgrywaliśmy na pendrive'a najciekawsze przypadki z echa, w tym wczorajszą skrzeplinę i stenozę mitralną, będzie co omawiać. Spytałam się szefa co będzie, jeśli taka skrzeplina się oderwie. Powiedział: "pacjent zrobi tak *tu nastąpiło wytrzeszczenie oczu* i po nim." 

Siostry uznały mnie już chyba za totalnie swoją, bo dzisiaj spytały zdziwione, czemu ja nie jem z nimi obiadu. Gdy powiedziałam grzecznie że nie jestem głodna to wzięły mnie niemalże siłą do kuchni i kazały zjeść sobie bigosu albo gotowanego mięska dla pacjentów z dietą, poza tym na deser miałam racuszka :D Miło mi się zrobiło niezmiernie.  

Poza tym podczas echa jedna z pacjentek powiedziała, że mąż ją bije. Szkoda że go nie było w pobliżu, bo by mógł potem powiedzieć, że go studentka bije. I zaprezentować okazałe, rozległe obrażenia. 

Dzień 11 --> Doktorat z obsługi ksera... 
182 strony! Wyobrażacie sobie? Zamiast kłuć i dziurawić i robić inne ciekawe rzeczy - stałam przy kserze i przewalałam kartki. Cała głupia godzina mi na to zeszła... Ale się za to nasłuchałam plotek z biura.  

Przeglądałam sobie potem notki z dyżurów, w tym najciekawsze - z dyżurów nocnych. "Pacjent błądzi po korytarzu, nie śpi, pali papierosy i oddaje mocz gdzie popadnie, do śmietnika i umywalki". "Pacjent nie stosuje się do upomnień, a także zabrudził całą łazienkę!" Na koniec najlepsze - "pacjent mimo wymycia nadal śmierdzi gównem". Umarłam jak to przeczytałam...  

Poza tym standardzik - echo, cukrzycy, ważenie i ciśnienie, wizyta... 

 Dzień 12 --> Zawał! 
Wreszcie coś kardiologicznego na tej kardiologii ;) Mieliśmy pacjenta z zawałem, o dziwo chodził on, na tyle na ile oczywiście pozwalały mu kabelki od monitora, odpiął się i poszedł zmierzyć ciśnienie, szwendał się po sali, siadał na krześle... A powinien leżeć jak kłoda i czekać na karetkę. To na nim nauczyłam się podłączać ekg - czerwone, czarne, potem jajeczko i szczypiorek, czyli żółta i zielona, to wszystko na kończyny, no i pod pasek elektrodki... "Niunia, anatomicznie to ja ci nie powiem co i jak, ale tu mniej więcej w połowie obojczyka, tutaj pod sutkiem, tutaj tak, tu z boku, tu w połowie odległości między tymi dwiema, no i zawsze wsadzaj je po kolei jak idą numerki, to się nie pomylisz". Świetnie. Wszystko poszło ok, zapis się udał, więc nie jestem łamagą ekg.  

Mój pacjent obłożny jutro już ma wypis, więc go nie będę już musiała karmić. Zastanawiam się, na ile on cokolwiek rozumie. Jest po wylewie. Nie mówi, nie chodzi, ale wodzi wzrokiem za mną i patrzy się, jakby coś chciał. Patrzy się w oczy.  

Cukrzycy chyba mnie polubili, bo tym razem sami przyszli do mnie, bym im podała insulinę. Mimo że sami sobie mogą spokojnie przecież przywalić z pena w brzuch. Ale to chyba musi być przyjemność, że im młodziutka siostra jeździ po ramieniu watką z alkoholem, a potem delikatnie kłuje i powoli wpuszcza dawkę w ramię.... ;) 

 

16:25, firewarrior
Link Komentarze (2) »
1.

Studiowanie, studiowanie... Jak zwykle odkładam wszystko na potem i szukam miliardów "ważniejszych" zajęć, niż kucie fizjologii układu nerwowego, zgłębianie życiorysów mistrzów dawnej chemii lekarskiej i nauka klikudziesięciu fascynujących słówek na angielski. Tak z nudów wpadł mi do głowy pomysł założenia bloga (którego to już?)... 
Na wprowadzenie w klimat - wspomnienia z praktyk wakacyjnych w szpitalu. 


Napisało mi, że treść zbyt długa - pfff, to wrzucę w dwóch częściach! 

***

Dzień 0 --> Prawie The Beginning 

Jutro będzie Wielki Dzień - rozpocznie się czterotygodniowa harówka w cudownym szpitalu. Będę dziewczyną "przynieś, podaj, pozamiataj, nakarm, wyprowadź na dwór, pościel łózko, zmierz ciśnienie". Poza tym w programie praktyk jest taki oto punkt: "student ma prawo pobierać krew żylną i zakładać wenflon do żył obwodowych", więc niech drżą ręce wszystkich pacjentów, którzy takich zabiegów wymagają! Kłułam sztuczną rąsię tylko dwa razy, ale nikt nie musi o tym wiedzieć, prawda? A tak na serio to dygam. Pierwsze wkłucie będzie koszmarne. Ciekawe tylko, dla kogo będzie to większy koszmar...  

Mam identyfikator z napisem "STUDENT". Założę się, że działa to niczym czerwona lampka na czole i sygnał alarmowy. Pacjenci będą pewnie uciekać w popłochu gdy tylko zjawię się w pobliżu.  

Czas iść spać, bo o 5:40 pobudka. Koszmar jakiś... O siódmej rano już będę kłuć pierwszą niesztuczną rękę, by potem móc błąkać się niczym zagubiony jeleń po tym szpitalu.  

Jutro szczegółowa relacja! O ile moja psychika się nie załamie. 

Dzień 1 --> The Beginning Właściwy 
Tak właśnie myślałam. Ze wspomnianego wcześniej prawa dane mi było skorzystać już na samym początku. O dziwo nie musiałam się przedstawiać i krzyczeć że jestem studentką - jedna z pielęgniarek kazała mi przygotować strzykawkę, założyć stazę i po prostu pobrać tą krew. Pacjent nie reagował krzykiem ani nerwowymi gestami tudzież egzorcyzmami, więc zbliżyłam strzykawkę do jego najbardziej dorodnej żyły. Kłuję, ciągnę za tłoczek, a tu nie leci! Wbiłam drugi raz, tuż obok - działa. Dobrze, że pacjent wykazał się anielską cierpliwością. Potem poszło już gładko. Babcia z cudownymi żyłami, takimi, że nawet bez stazy (ekstazy) dałoby się pobrać... Ale to pierwsze wkłucie zapamiętam do końca życia.  

Z ciekawszych rzeczy to byłam dzisiaj przy kolonoskopii. Pooglądałam sobie na monitorze odcinek od odbytu do esicy, gdzie niestety znajdował się dość pokaźny guz. Trzeba było pobrać wycinki na histpat, za dwa tygodnie się okaże, czy złośliwy czy nie... Musiałam potem roztrzęsioną babcię odprowadzić do pokoju, kazać jej się ubrać i tym podobne, bo była w ciężkim szoku, i po badaniu, i po nieciekawych wieściach.  

Udało mi się też poćwiczyć zastrzyki domięśniowe i podskórne. Na cukrzyków się nie załapałam, bo kolonoskopia, ale jutro będę ich dziurawiła. Poza tym w papierkach wyczytałam, że na jutro są aż cztery badania krwi zlecone, więc coś czuję że igła znów zalśni złowrogo w mojej dłoni ;)  

Wpisywałam też wyniki podczas robienia echa serca. Nie bardzo był czas cokolwiek ciekawego tam zobaczyć, bo zajęta byłam wpisywaniem i zaznaczaniem, ale wszystko przede mną - mam nadzieję.  

Poza papierkową robotą to było dość ciekawie. Pełno wrażeń jak na jeden dzień...  

Pozdrawiam i przestrzegam przed chorowaniem w czasie, gdy szpitale pełne są studentów ;) 

 

Dzień 2 --> Nawet byczki fikają. 
Poległ mi pacjent! Przyszedł sobie na pobieranie krwi taki młody byczek, typ testosteronowego sportowca (ale sympatyczny), no i od razu wyczułam że jest coś nie tak, gdy przy zakładaniu stazy odwrócił głowę i powiedział, że będzie patrzeć w bok. Niewzruszona tym zdezynfekowałam mu dół łokciowy i zabrałam się za wkłucie. Igła weszła jak w masło, ale jego żyła chyba musiała złośliwie zrobić unik, bo znalazła się tuż obok. Cofnęłam i spróbowałam raz jeszcze, ale wredna żyła zrobiła kolejny unik. Przekazałam sprzęt w bardziej doświadczone ręce, które dopiero za trzecim razem ostatecznie przyszpiliły złośliwe naczynie i zassały gdzieś tak pół strzykawy ślicznej, ciemnej krwi. Spocony i umierający z przerażenia byczuś dostał watkę by potrzymać przy rance, nagle wywalił oczy do góry i fik w tył! Od razu dzielne siostry rzuciły mojego bysiora na kanapę, nogi do góry i plask w papę. Zrobił minę pijaka, który budzi się po zaćmieniu umysłu, nagi w łóżku kolegi. Był blady jak ściana. Gdy już doszedł do siebie, to wsadziłyśmy go na wózek i popchałyśmy do pokoju. Jechał zasłaniając buraczkową ze wstydu twarz. Bo jakże to - chłop jak dąb, a mdleje niczym średniowieczna dziewoja w przyciasnym gorsecie?  

Poza tym oglądałam echo serca, o! I wbijałam strzykawy w sadło na brzuchu. Przynajmniej widzę, że jednak oponka ma jakieś zastosowanie praktyczne. 

Dzień 3 --> Penetracja! 
Znów miałam spotkanie z moim omdlałym byczkiem! I to jakie! Poznałam go dogłębnie, bowiem miał mieć i rektoskopię i gastroskopię. Zaprowadziłam go jeszcze po per rectum na lewatywę, taką "aż po gardło", no i była rektoskopia... Pacjent nieskrępowany zbytnio obecnością młodziutkiej studentki rozdział się i ułożył dogodnie na takim specjalnym stoliku i cierpliwie znosił wpychaną mu do odbytu rurę ze światełkiem. Skomentował to, tak: "czuję się jakby mnie gwałcił jakiś Murzyn". W pewnym momencie spytałam lekarza, czy mogę zajrzeć. Pozwolił! Ba, nawet już po pobraniu wycinka mogłam ów rektoskop powoli wyciągać (samiusieńka!) i obejrzeć dokładnie całą odbytnicę gościa, włącznie z ulubionym przez wszystkich studentów fałdem Kohlrauscha.  

Spotkałam się z nim i drugi raz, na gastro. To nie jest zbyt miłe badanie, bo pacjenci mają odruch wymiotny i cały czas próbują zwracać, ale nie mają czym. Czasami trochę żółci tylko wychodzi. Tak, jak na ciężkim porannym kacu. W pewnym momencie badania niemalże eksplodowałam radością, gdy doktor włożył w me ręce gastroskop, powiedział do czego są jakie pokrętła (obracają kamerkę) i powoli wyciągał rurkę, a ja miałam nimi kręcić i oglądać sobie bańkę dwunastnicy, odźwiernik, dno żołądka, resztę żołądka (pięknie wszystkie bruzdy widać, cudo!), a w przełyku kręcić nie wolno, bo i tak się ładnie układa kamerka. Ludzie mają tak niezwykle interesujące wnętrze, ach! 

Potem jak jechałam z doktorem windą, zastanawiał się, dlaczego taki młody facet wprost marzył o tym, by mieć spenetrowany każdy otwór ciała. Bo sam z wielkim entuzjazmem pchał się na badania. Pogadałam z nim i był rozczarowany, bo myślał że sam też będzie mógł siebie obejrzeć. Tak, bo akurat wygiąłby się niczym akrobata w kółeczko, by zajrzeć sobie w rektoskop. Już to widzę ;) 

Dzień 4 --> Pod znakiem serca... 
To, czego uczyli nas na pielęgniarstwie, to jedna wielka niepotrzebna lipa. Przydała mi się jedynie wiedza o tym, w jakiej kolejności robić rzeczy przy pobieraniu krwi. Ale to równie dobrze mogłam sobie przeczytać.  

Pobieranie krwi na sztucznej rąsi niczym nie przypomina ręki prawdziwej. Wkłuć się w normalną żyłę to jest sztuka - nie ma tak dobrze, że obojętnie gdzie nie dźgniesz, to zaraz piękna czerwień napełnia strzykawkę. Trzeba się trochę bardziej postarać, poza tym sztuczna rąsia nie grzeszyła zbytnio ruchomością i kruchymi naczynkami, a z pacjentami to przeróżnie bywa. Na szczęście pielęgniarki podsuwają mi tylko te dorodne żyły.  

Ciśnienia też nie mierzyłam, bo mamy automatyczne aparaty na korytarzach i pacjenci robią to sami, tylko trzeba zapisać je słupkami na karcie. U leżących pacjentów mierzą ciśnienie automatycznie pompowane mankiety, podpięte do monitorów. Kolejna rzecz, która się nie przydała. 

Z ciekawszych rzeczy - zakładałam dzisiaj elektrodę przełykową. "Panie X, niech pan to połknie, niech pan nie wypluwa!" mówiłam, wsadzając mu rurkę do gardła, oczywiście pod nadzorem doświadczonej koleżanki. Trzymałam potem ową rurę podczas badania (pieści się prądem serce przez przełyk, dominując układ bodźcotwórczy serca i bada się jego reakcję), bo pacjent nie miał zębów, którymi by mógł to zrobić. Od czasu do czasu trzeba było mu kazać połknąć ślinę i poruszać rurką.  

Echo z dopplerem widziałam chyba z siedem razy. Dalej nie przestaje mnie to fascynować - mamy naprawdę świetny sprzęt i świetnego szefa, który wszystko wyjaśnia żądnej wiedzy studentce :) Fala zwrotna, zwapnienie zastawki mitralnej, upośledzona relaksacja lewej komory - już w miarę coś z tego rozumiem. Nie mówiąc już o połapaniu się gdzie co jest na tym dziwnym obrazie.  



A to jest mój ulubiony rzut serca. Na dole przedsionki, na górze komory, po prawej [uwierzcie albo nie, ale napisałam po lewej, po czym puknęłam się w czerep :D eh to babskie rozpoznawanie lewa-prawa...] zastawka mitralna. Jak jest pacjent chudy i ładnie się wszystko ustawi, to nawet mięśnie brodawkowate można tu zobaczyć, nawet struny ścięgniste!  

Tyle na dziś, bo padam. Wyspałabym się wreszcie. Weekendy mam wolne, więc wszystko przede mną :D

 

 

16:25, firewarrior
Link Komentarze (1) »