Blog > Komentarze do wpisu
2.

No i druga część wspomnień praktykowych, ze starego bloga. 

***

 Dzień 5 --> Flaki z olejem... 
Nic ciekawego. Kłucie, ważenie, uzupełnianie kart o wagę i ciśnienie, latanie z kserówkami. Najgorszy dzień do tej pory. Całe szczęście że na komórce miałam jakieś gry... Większość czasu przesiedziałam na kanapie, robiłam kolejne kawy i starałam się je wmycić do dyżurki tak, by szef nie widział.  

W dodatku mój ukochany pan Piękna Gruba Żyła dostał wypis i już nie będę miała kogo kłuć z 99% pewnością, że mi się uda. Zostałam z samymi kruchutkimi żyłkami, których się boję tknąć, bo bym na pewno popękała.  

Obchód był znośny. Te cudowne metafory doktora! Na przykład przy omawianiu wykresu EKG - pokazuje na jakieś nieprawidłowe wychylenie - no, to tutaj jest jak Murzyn w małym miasteczku, zwraca uwagę, ale jest niegroźny..

Dzień 6 --> Wychowywania na kardiologa część dalsza ;) 

Znów szef wezwał mnie do echa, tym razem po to, by pokazać mi wczorajsze nagranie z bardzo ciekawego serca, mianowicie z serca płucnego. O co chodzi? Znaczny przerost prawej komory i przedsionka. *Szuka na necie odpowiedniego zdjęcia* Ha! Patrzcie i podziwiajcie: 

  

  

Lewa i prawa strona powinny być mniej więcej równe, a nie są ;) Przy okazji dowiedziałam się o prawidłowym i nieprawidłowym ciśnieniu w prawej komorze, przedsionku i w tętnicy płucnej, a także porozmawiałam o zastawkach. Nie ma to jak szef, który lubi dzielić się wiedzą :) Pełen szacunek! Mało tego! Mogłam nawet poużywać trochę tego ustrojstwa, które kosztuje ponad milion zeta. Liczyliśmy objętość lewej komory i wyrzut serca. Fantastyczne.  

Widziałam dzisiaj gigantyczną przepuklinę brzucha i raka sutka u mężczyzny. Szef powiedział, że pierwszy raz coś takiego widzi, a pracuje już dość długo...  

A jutro będę znów mogła wyciągać gastroskop i przy okazji sama zgłębić wnętrze jakiegoś pacjenta... Jednak równowaga w przyrodzie istnieje - za tamten wczorajszy dzień dostałam rekompensatę :) 

 Dzień 7 --> Gastroskop w dłoń i do przodu! 
Cały dzień był niesamowicie pracowity. Od rana - ważenie pacjentów i spisywanie ciśnienia, potem upragniona i jakże wyczekiwana gastroskopia, w której mogłam brać czynny udział. Już po zauważeniu u pacjentki zapalenia żołądka i pobraniu wycinka mogłam dostać w swoje urękawicznione łapki gastroskop, kręcić kółkami, odsysać, i przede wszystkim podziwiać żołądek z przyległościami. "A teraz proszę nakierować na odźwiernik, dobrze, zobaczymy czy dalej krwawi tam gdzie pobieraliśmy wycinek, teraz dno, a teraz wyciągać powoli rurkę..." Dałam radę. Godziny spędzone przed kompem, na graniu w zręcznościówki, zaprocentowały - nie ma problemu z opanowaniem poruszania się za pomocą tego przyrządu.  

Potem przyjęcie pacjentów. Miałam zrobić połowę. Na szczęście wylosowałam do przyjmowania takich, do których nie musiałam się wydzierać albo jakoś specjalnie produkować, by mnie zrozumieli. Szef zawołał mnie do rentgena, pooglądałam sobie płucka, a potem jak zwykle echo. Tym razem szef mnie dokładnie przepytał z naczyń wieńcowych, zastawek półksiężycowatych i mięśni brodawkowatych, po czym stwierdził, że nie rozumie czemu z anatomii dostałam tylko czwórę, bo on to by mi najchętniej postawił piątkę.  

Przy kawie siostrom zebrało się na wspomnienia po tym, jak dostały jakieś specjalne identyfikatory na ręce zmarłych. "Cóż to za jakieś nowe wymysły, u nas to się tak zawsze robiło, że pisało się na plastrze dane, i na klatkę przyklejało. I potem w worek, no i na worek drugi raz. Ale co szpital to obyczaj, a że pipa [państwowa inspekcja pracy :D] będzie chodzić, to chyba to musimy mieć..." Spytałam, czy dużo osób umiera. "Tak, dość często, najczęściej ci nagli. Gorzej jak ktoś z planowych odejdzie w nocy. Mi się tak parę razy zdarzyło. Jeszcze wszystkich badań nie było zrobionych, bo dość świeżo po przyjęciu, no i byłam na nocce, obchód robię, i widzę, że pacjent ma jakoś dziwnie zwisającą nogę poza łóżko. Jakby chciał wyjść. Coś mnie tknęło i sprawdziłam oddech, no i nie żył. To jest najgorsze. Bo po nagłych przypadkach tego się można spodziewać..." 

 

 Dzień 8 --> Sporo roboty... 
Na nocce była niezła akcja... Słyszałam rano opowieść. Jedna pacjentka wparowała do dyżurki, ukradła siostrze z talerza ciacho, zjadła, napiła się jej kawy, a potem rzuciła się na jakieś papiery i zaczęła je rozdzierać. Trzeba było ją spakować w kaftan i odesłać gdzie indziej, bo szału dostała.  

Znów miałam w łapie gastroskop. Trzeci raz :D Już coraz lepiej mi idzie kierowanie tym ustrojstwem, wyczaiłam jak poprzez skręcanie rurki mogę uzyskać zmianę kąta obrazu na monitorze, mała rzecz a cieszy. Żołądek piękna rzecz! Fajnie się steruje guzikami, podczas odsysania tak cudownie się zapada, widać jak wypiętrzają się te wszystkie fałdy... Jak odźwiernik zapada się w sobie, potem uwypukla... Mmm!  

Na echu w dalszym ciągu odbywa się wychowywanie mnie na kardiologa, przyznam, że coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że zaczynam coraz więcej rozumieć. Dzisiaj widziałam ciekawe serce, przedsionki większe od komór, a prawa komora większa od lewej (a powinna być tak jak mniej więcej połowa lewej), ze sporą niedomykalnością zastawki trójdzielnej (mitralnej też, ale nie taka spora!), fala zwrotna była na trzy plusy, czyli zaiste potężna - w kolorowym dopplerze taka fala wygląda jak kolorowy płomyk z palnika.  

 

Tu akurat jest na mitralnej, ale tak właśnie wygląda fala zwrotna...  

Jeszcze jutro i weekend! :) 

Dzień 9 --> Koszmarne USG 
No tak. A ja z początku myślałam, że to echo jest skomplikowane. Teraz nie mam problemu z połapaniem się co jest czym w serduszku. Tym razem poszłam z samego rana na USG i stwierdziłam, że bezsensem jest siedzieć tam, bo na ekranie widziałam jedynie jakąś paskudną mieszankę rozmazanych szarych plam, jakieś badziewie w porównaniu z cudowną ostrością i kontrastem echa. Jednak stwierdziłam że trzeba zmierzyć się z tym plugastwem i zasypywałam doktora pytaniami, aż wreszcie zaczęłam coś tam powoli rozpoznawać, jakąś nerkę, śledzionę, ba, nawet wątrobę i pęcherzyk, ale najgorzej widać trzustkę. Tak się złośliwie chowa... A wątroba powinna mieć kolor taki, jak nerka, o :D  

Na echo tym razem znów pisałam wyniki, z ciekawych rzeczy to mieliśmy skrzeplinę w koniuszku lewej komory (mam nadzieję że się pacjentowi nie oderwie, tylko ładnie i grzecznie rozpuści po nafaszerowaniu go lekami...), oraz dziwnego pacjenta. Miałam go ułożyć na łóżku. Wszystko ok, tylko czemu on tak się trząsł? Moja wrodzona delikatność (hahaha ;P) nie pozwoliła mi się go spytać wprost, więc poczekałam na doktora. Ten prosto z mostu spytał o co chodzi, pacjent coś tam zaczął ściemniać, że pierwszy dzień w szpitalu i wcześniej nigdy nie był... Doktor ogląda jego serce i pyta "a pije pan?". "No piję"... I wszytko jasne. Delirka taka że szok. Mało co nie zleciał z łóżka jak próbował z niego zejść, tak się telepał.  

Kolejna rektoskopia za mną. Tym razem widziałam krwawiącego raka odbytnicy. Znaczy nie wiadomo na sto procent czy to rak, ale na zrobionym wcześniej RTG płuc widać było dużego guza, całkiem prawdopodobne że to już przerzut od owego raka... Cóż... Przykro.  

 

A na koniec macie rozciapane szare plamy, ale ze ściągą :D 

 

 Dzień 10 --> Pen jak pipeta :P 
Z samego rana zostałam wreszcie zagoniona do obiecanych mi chyba z tydzień temu cukrzyków, cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Nauczyłam się mierzyć cukier z paluszka (żadna filozofia) i obsługiwać peny, które działają dokładnie tak jak nasze cudowne automatyczne pipety z laborek, tyle że pipet nie trzeba było wstrząsać, trzymać w lodówie i wbijać w skórę. Poza tym znów podawałam heparynkę w brzuch. 

Szef zaprosił mnie w piątek na konferencję z jakimś profesorem, pozgrywaliśmy na pendrive'a najciekawsze przypadki z echa, w tym wczorajszą skrzeplinę i stenozę mitralną, będzie co omawiać. Spytałam się szefa co będzie, jeśli taka skrzeplina się oderwie. Powiedział: "pacjent zrobi tak *tu nastąpiło wytrzeszczenie oczu* i po nim." 

Siostry uznały mnie już chyba za totalnie swoją, bo dzisiaj spytały zdziwione, czemu ja nie jem z nimi obiadu. Gdy powiedziałam grzecznie że nie jestem głodna to wzięły mnie niemalże siłą do kuchni i kazały zjeść sobie bigosu albo gotowanego mięska dla pacjentów z dietą, poza tym na deser miałam racuszka :D Miło mi się zrobiło niezmiernie.  

Poza tym podczas echa jedna z pacjentek powiedziała, że mąż ją bije. Szkoda że go nie było w pobliżu, bo by mógł potem powiedzieć, że go studentka bije. I zaprezentować okazałe, rozległe obrażenia. 

Dzień 11 --> Doktorat z obsługi ksera... 
182 strony! Wyobrażacie sobie? Zamiast kłuć i dziurawić i robić inne ciekawe rzeczy - stałam przy kserze i przewalałam kartki. Cała głupia godzina mi na to zeszła... Ale się za to nasłuchałam plotek z biura.  

Przeglądałam sobie potem notki z dyżurów, w tym najciekawsze - z dyżurów nocnych. "Pacjent błądzi po korytarzu, nie śpi, pali papierosy i oddaje mocz gdzie popadnie, do śmietnika i umywalki". "Pacjent nie stosuje się do upomnień, a także zabrudził całą łazienkę!" Na koniec najlepsze - "pacjent mimo wymycia nadal śmierdzi gównem". Umarłam jak to przeczytałam...  

Poza tym standardzik - echo, cukrzycy, ważenie i ciśnienie, wizyta... 

 Dzień 12 --> Zawał! 
Wreszcie coś kardiologicznego na tej kardiologii ;) Mieliśmy pacjenta z zawałem, o dziwo chodził on, na tyle na ile oczywiście pozwalały mu kabelki od monitora, odpiął się i poszedł zmierzyć ciśnienie, szwendał się po sali, siadał na krześle... A powinien leżeć jak kłoda i czekać na karetkę. To na nim nauczyłam się podłączać ekg - czerwone, czarne, potem jajeczko i szczypiorek, czyli żółta i zielona, to wszystko na kończyny, no i pod pasek elektrodki... "Niunia, anatomicznie to ja ci nie powiem co i jak, ale tu mniej więcej w połowie obojczyka, tutaj pod sutkiem, tutaj tak, tu z boku, tu w połowie odległości między tymi dwiema, no i zawsze wsadzaj je po kolei jak idą numerki, to się nie pomylisz". Świetnie. Wszystko poszło ok, zapis się udał, więc nie jestem łamagą ekg.  

Mój pacjent obłożny jutro już ma wypis, więc go nie będę już musiała karmić. Zastanawiam się, na ile on cokolwiek rozumie. Jest po wylewie. Nie mówi, nie chodzi, ale wodzi wzrokiem za mną i patrzy się, jakby coś chciał. Patrzy się w oczy.  

Cukrzycy chyba mnie polubili, bo tym razem sami przyszli do mnie, bym im podała insulinę. Mimo że sami sobie mogą spokojnie przecież przywalić z pena w brzuch. Ale to chyba musi być przyjemność, że im młodziutka siostra jeździ po ramieniu watką z alkoholem, a potem delikatnie kłuje i powoli wpuszcza dawkę w ramię.... ;) 

 

poniedziałek, 08 grudnia 2008, firewarrior
Komentarze
szpitalnarybka
2008/12/09 17:11:36
Mówisz - masz :)
-
2008/12/09 23:16:49
Dziękuję za wsparcie w komentarzu!:)
Mam nadzieje że kiedyś też bede mogła napisać STUDENTKA MEDYCYNY!xD
A tak przy okazji świetny blog...fajnie się go czyta!Ciekawy..:)