Blog > Komentarze do wpisu
1.

Studiowanie, studiowanie... Jak zwykle odkładam wszystko na potem i szukam miliardów "ważniejszych" zajęć, niż kucie fizjologii układu nerwowego, zgłębianie życiorysów mistrzów dawnej chemii lekarskiej i nauka klikudziesięciu fascynujących słówek na angielski. Tak z nudów wpadł mi do głowy pomysł założenia bloga (którego to już?)... 
Na wprowadzenie w klimat - wspomnienia z praktyk wakacyjnych w szpitalu. 


Napisało mi, że treść zbyt długa - pfff, to wrzucę w dwóch częściach! 

***

Dzień 0 --> Prawie The Beginning 

Jutro będzie Wielki Dzień - rozpocznie się czterotygodniowa harówka w cudownym szpitalu. Będę dziewczyną "przynieś, podaj, pozamiataj, nakarm, wyprowadź na dwór, pościel łózko, zmierz ciśnienie". Poza tym w programie praktyk jest taki oto punkt: "student ma prawo pobierać krew żylną i zakładać wenflon do żył obwodowych", więc niech drżą ręce wszystkich pacjentów, którzy takich zabiegów wymagają! Kłułam sztuczną rąsię tylko dwa razy, ale nikt nie musi o tym wiedzieć, prawda? A tak na serio to dygam. Pierwsze wkłucie będzie koszmarne. Ciekawe tylko, dla kogo będzie to większy koszmar...  

Mam identyfikator z napisem "STUDENT". Założę się, że działa to niczym czerwona lampka na czole i sygnał alarmowy. Pacjenci będą pewnie uciekać w popłochu gdy tylko zjawię się w pobliżu.  

Czas iść spać, bo o 5:40 pobudka. Koszmar jakiś... O siódmej rano już będę kłuć pierwszą niesztuczną rękę, by potem móc błąkać się niczym zagubiony jeleń po tym szpitalu.  

Jutro szczegółowa relacja! O ile moja psychika się nie załamie. 

Dzień 1 --> The Beginning Właściwy 
Tak właśnie myślałam. Ze wspomnianego wcześniej prawa dane mi było skorzystać już na samym początku. O dziwo nie musiałam się przedstawiać i krzyczeć że jestem studentką - jedna z pielęgniarek kazała mi przygotować strzykawkę, założyć stazę i po prostu pobrać tą krew. Pacjent nie reagował krzykiem ani nerwowymi gestami tudzież egzorcyzmami, więc zbliżyłam strzykawkę do jego najbardziej dorodnej żyły. Kłuję, ciągnę za tłoczek, a tu nie leci! Wbiłam drugi raz, tuż obok - działa. Dobrze, że pacjent wykazał się anielską cierpliwością. Potem poszło już gładko. Babcia z cudownymi żyłami, takimi, że nawet bez stazy (ekstazy) dałoby się pobrać... Ale to pierwsze wkłucie zapamiętam do końca życia.  

Z ciekawszych rzeczy to byłam dzisiaj przy kolonoskopii. Pooglądałam sobie na monitorze odcinek od odbytu do esicy, gdzie niestety znajdował się dość pokaźny guz. Trzeba było pobrać wycinki na histpat, za dwa tygodnie się okaże, czy złośliwy czy nie... Musiałam potem roztrzęsioną babcię odprowadzić do pokoju, kazać jej się ubrać i tym podobne, bo była w ciężkim szoku, i po badaniu, i po nieciekawych wieściach.  

Udało mi się też poćwiczyć zastrzyki domięśniowe i podskórne. Na cukrzyków się nie załapałam, bo kolonoskopia, ale jutro będę ich dziurawiła. Poza tym w papierkach wyczytałam, że na jutro są aż cztery badania krwi zlecone, więc coś czuję że igła znów zalśni złowrogo w mojej dłoni ;)  

Wpisywałam też wyniki podczas robienia echa serca. Nie bardzo był czas cokolwiek ciekawego tam zobaczyć, bo zajęta byłam wpisywaniem i zaznaczaniem, ale wszystko przede mną - mam nadzieję.  

Poza papierkową robotą to było dość ciekawie. Pełno wrażeń jak na jeden dzień...  

Pozdrawiam i przestrzegam przed chorowaniem w czasie, gdy szpitale pełne są studentów ;) 

 

Dzień 2 --> Nawet byczki fikają. 
Poległ mi pacjent! Przyszedł sobie na pobieranie krwi taki młody byczek, typ testosteronowego sportowca (ale sympatyczny), no i od razu wyczułam że jest coś nie tak, gdy przy zakładaniu stazy odwrócił głowę i powiedział, że będzie patrzeć w bok. Niewzruszona tym zdezynfekowałam mu dół łokciowy i zabrałam się za wkłucie. Igła weszła jak w masło, ale jego żyła chyba musiała złośliwie zrobić unik, bo znalazła się tuż obok. Cofnęłam i spróbowałam raz jeszcze, ale wredna żyła zrobiła kolejny unik. Przekazałam sprzęt w bardziej doświadczone ręce, które dopiero za trzecim razem ostatecznie przyszpiliły złośliwe naczynie i zassały gdzieś tak pół strzykawy ślicznej, ciemnej krwi. Spocony i umierający z przerażenia byczuś dostał watkę by potrzymać przy rance, nagle wywalił oczy do góry i fik w tył! Od razu dzielne siostry rzuciły mojego bysiora na kanapę, nogi do góry i plask w papę. Zrobił minę pijaka, który budzi się po zaćmieniu umysłu, nagi w łóżku kolegi. Był blady jak ściana. Gdy już doszedł do siebie, to wsadziłyśmy go na wózek i popchałyśmy do pokoju. Jechał zasłaniając buraczkową ze wstydu twarz. Bo jakże to - chłop jak dąb, a mdleje niczym średniowieczna dziewoja w przyciasnym gorsecie?  

Poza tym oglądałam echo serca, o! I wbijałam strzykawy w sadło na brzuchu. Przynajmniej widzę, że jednak oponka ma jakieś zastosowanie praktyczne. 

Dzień 3 --> Penetracja! 
Znów miałam spotkanie z moim omdlałym byczkiem! I to jakie! Poznałam go dogłębnie, bowiem miał mieć i rektoskopię i gastroskopię. Zaprowadziłam go jeszcze po per rectum na lewatywę, taką "aż po gardło", no i była rektoskopia... Pacjent nieskrępowany zbytnio obecnością młodziutkiej studentki rozdział się i ułożył dogodnie na takim specjalnym stoliku i cierpliwie znosił wpychaną mu do odbytu rurę ze światełkiem. Skomentował to, tak: "czuję się jakby mnie gwałcił jakiś Murzyn". W pewnym momencie spytałam lekarza, czy mogę zajrzeć. Pozwolił! Ba, nawet już po pobraniu wycinka mogłam ów rektoskop powoli wyciągać (samiusieńka!) i obejrzeć dokładnie całą odbytnicę gościa, włącznie z ulubionym przez wszystkich studentów fałdem Kohlrauscha.  

Spotkałam się z nim i drugi raz, na gastro. To nie jest zbyt miłe badanie, bo pacjenci mają odruch wymiotny i cały czas próbują zwracać, ale nie mają czym. Czasami trochę żółci tylko wychodzi. Tak, jak na ciężkim porannym kacu. W pewnym momencie badania niemalże eksplodowałam radością, gdy doktor włożył w me ręce gastroskop, powiedział do czego są jakie pokrętła (obracają kamerkę) i powoli wyciągał rurkę, a ja miałam nimi kręcić i oglądać sobie bańkę dwunastnicy, odźwiernik, dno żołądka, resztę żołądka (pięknie wszystkie bruzdy widać, cudo!), a w przełyku kręcić nie wolno, bo i tak się ładnie układa kamerka. Ludzie mają tak niezwykle interesujące wnętrze, ach! 

Potem jak jechałam z doktorem windą, zastanawiał się, dlaczego taki młody facet wprost marzył o tym, by mieć spenetrowany każdy otwór ciała. Bo sam z wielkim entuzjazmem pchał się na badania. Pogadałam z nim i był rozczarowany, bo myślał że sam też będzie mógł siebie obejrzeć. Tak, bo akurat wygiąłby się niczym akrobata w kółeczko, by zajrzeć sobie w rektoskop. Już to widzę ;) 

Dzień 4 --> Pod znakiem serca... 
To, czego uczyli nas na pielęgniarstwie, to jedna wielka niepotrzebna lipa. Przydała mi się jedynie wiedza o tym, w jakiej kolejności robić rzeczy przy pobieraniu krwi. Ale to równie dobrze mogłam sobie przeczytać.  

Pobieranie krwi na sztucznej rąsi niczym nie przypomina ręki prawdziwej. Wkłuć się w normalną żyłę to jest sztuka - nie ma tak dobrze, że obojętnie gdzie nie dźgniesz, to zaraz piękna czerwień napełnia strzykawkę. Trzeba się trochę bardziej postarać, poza tym sztuczna rąsia nie grzeszyła zbytnio ruchomością i kruchymi naczynkami, a z pacjentami to przeróżnie bywa. Na szczęście pielęgniarki podsuwają mi tylko te dorodne żyły.  

Ciśnienia też nie mierzyłam, bo mamy automatyczne aparaty na korytarzach i pacjenci robią to sami, tylko trzeba zapisać je słupkami na karcie. U leżących pacjentów mierzą ciśnienie automatycznie pompowane mankiety, podpięte do monitorów. Kolejna rzecz, która się nie przydała. 

Z ciekawszych rzeczy - zakładałam dzisiaj elektrodę przełykową. "Panie X, niech pan to połknie, niech pan nie wypluwa!" mówiłam, wsadzając mu rurkę do gardła, oczywiście pod nadzorem doświadczonej koleżanki. Trzymałam potem ową rurę podczas badania (pieści się prądem serce przez przełyk, dominując układ bodźcotwórczy serca i bada się jego reakcję), bo pacjent nie miał zębów, którymi by mógł to zrobić. Od czasu do czasu trzeba było mu kazać połknąć ślinę i poruszać rurką.  

Echo z dopplerem widziałam chyba z siedem razy. Dalej nie przestaje mnie to fascynować - mamy naprawdę świetny sprzęt i świetnego szefa, który wszystko wyjaśnia żądnej wiedzy studentce :) Fala zwrotna, zwapnienie zastawki mitralnej, upośledzona relaksacja lewej komory - już w miarę coś z tego rozumiem. Nie mówiąc już o połapaniu się gdzie co jest na tym dziwnym obrazie.  



A to jest mój ulubiony rzut serca. Na dole przedsionki, na górze komory, po prawej [uwierzcie albo nie, ale napisałam po lewej, po czym puknęłam się w czerep :D eh to babskie rozpoznawanie lewa-prawa...] zastawka mitralna. Jak jest pacjent chudy i ładnie się wszystko ustawi, to nawet mięśnie brodawkowate można tu zobaczyć, nawet struny ścięgniste!  

Tyle na dziś, bo padam. Wyspałabym się wreszcie. Weekendy mam wolne, więc wszystko przede mną :D

 

 

poniedziałek, 08 grudnia 2008, firewarrior
Komentarze
2012/01/25 12:22:07
siemię lniane